Podróż odbyła się w dniach: 04-14 września 2007 roku.
Tekst, foto: MJ

|
Beaujolais? - E, nie dziękuję. Niezbyt lubię - stwierdził znajomy,
kiedy powiedziałem mu, że byłem tam na winobraniu. To niewiarygodne
jak nasza podświadomość została zaprogramowana. Hasło - obraz -
reakcja. Nie każdy pojedzie pewnie do tego pięknego regionu. Jak tam
byłem, wino piłem. Mało tego, poznałem ludzi, którzy je robią
i widziałem jak to robią. Tym, co nam serwują marketingowcy
w listopadzie każdego roku, nie można - powiem więcej - nie
wolno się sugerować. Wiemy czym różni się jedzenie w „fast
foodzie" od domowego? |
  |
|
Lyon
Być w regionie
Beaujolais i nie zobaczyć Lyonu! To powinno być karalne.
Założony przez Rzymian w 43 roku p.n.e. Lyon, jest dziś drugą,
po Paryżu, metropolią Francji. Zamożne, wyrosłe na produkcji jedwabiu
miasto, siedziba banków, znane jest również z wyśmienitej
kuchni. To tutaj urodzili się twórcy kina - bracia Lumière,
cesarz Klaudiusz, autor „Małego Księcia" Saint-Exupéry
i wiecznie młody Jean Michael Jarre.
Lyon nazywany jest
miastem trzech rzek: Rodanu, Soany oraz... Beaujolais Nouveau. Ta
ostatnia chyba największa, bo opływa cały świat i to w jeden
dzień. Liczne muzea, zabytki, budowle, place, parki i inne
atrakcje zachęcają do zwiedzania. Wszędzie dojechać można metrem,
autobusem lub - za niewielkie pieniądze - miejskim rowerem. Ja
polecam pełne knajpek stare miasto: Vieux Lyon. Tutaj to, do
tradycyjnej lyońskiej restauracji tzw. „bouchon",
zaprosili mnie mieszkający w Lyonie przyjaciele - Sylvie
i Krzysztof.
O 20.15, mieszczący się przy rue St. Jean, „Le
Laurencin" był jeszcze pusty. Skąd nazwa „bouchon"
(korek)? - miałem przekonać się za niedługo. Po półgodzinie wszystkie
stoliki (oddalone od siebie o grubość telefonu komórkowego) były
już pozajmowane - lokal został zupełnie zakorkowany! Na aperitif
dostaliśmy, jak wymaga tutejsza tradycja, słodkie „communard au
vin rouge" - czerwone wino z sokiem z czarnej
porzeczki. Aby klient za bardzo nie kombinował, lokal ma przygotowane
w menu zestawy. Ja poprosiłem o „gratinée à
l'oignon" - zupę cebulową z tartym serem i grzankami,
zapiekaną w piecu - była gęsta, pożywna i bardzo smaczna.
Do tego „andouillette lyonnaise" - miejscowy specjał,
czyli kiełbasę na podrobach, utopioną w sosie musztardowym,
białym winie i śmietanie: dość charakterystyczne, lekko ostre
danie, zrównoważone smakiem śmietany - ciekawe. Na deser mus
czekoladowy - łasuchy, to coś dla nas. Ilości nieludzkie - żeby zjeść
wszystko, trzeba by mieć worek po kartoflach zamiast żołądka! Skutki
przejedzenia łagodziliśmy więc czerwonym „Côtes du Rhone"
- do lokalnej kuchni, lokalne wino, to lekarstwo zawsze się sprawdza!
Trochę zdziwiłem się, jak kelner otworzył butelkę wyciągając
korek przez sterczącą folię i nie sprawdził jego zapachu (ani
nie dał powąchać nam!) postawił ją na stole, poczym odwrócił się
i odszedł. Nowy savoir-vivre, lekceważenie, czy może
bezgraniczne zaufanie do producenta?... Czego ja się czepiam?
-Przecież wino okazało się dobre!
|
|
|
|
Po
drodze do Beaujolais zatrzymaliśmy się by zobaczyć
siedzibę-restaurację najsłynniejszego kucharza Francji Paula Bocuse.
Kucharz, to brzmi bardzo skromnie. Bocuse jest cesarzem mistrzów
kucharskich. Żyjącą ikoną i autorytetem francuskiej (czytaj:
najlepszej na świecie) kuchni. Niedaleko Lyonu, prawie nad samą
Soaną, stoi kolorowa rezydencja z jego imieniem i nazwiskiem
(zamiast napisu „restauracja") na szczycie. Wewnętrzny mur
dziedzińca pomalowany jest w naturalnej wielkości „sceny
z życia kuchni". Na niektórych głównym bohaterem jest
oczywiście sam mistrz. Oglądając i robiąc sobie zdjęcia z tymi
postaciami nieźle się bawiliśmy. W pewnym momencie podszedł do
nas mężczyzna ubrany na czarno. Jakież było zdziwienie kiedy ów
człowiek (prawdę mówiąc myślałem, że to ochroniarz) okazał się Paulem
Bocuse'm! Uścisnął dłoń i zaproponował od razu, by zrobić z nim
zdjęcie. Spytał czy mamy jego „menu". Nie? - To zaraz
dostaniemy. Ukłonił się elegancko i odszedł. Za moment przyszedł
jego pracownik, wystrojony w nieskazitelnie biały mundurek
(mistrz ceremonii?) i wręczył nam piękne i okazałe,
złoto-czerwone menu „Paul Bocuse".
Zainteresowanym
przekazuję,
danie podstawowe: „Menu Classique" - 125 euro,
butelka czerwonego wina - ok. 70-125 euro,
risotto - 48 euro.
Nie pytajcie o szczegóły, ważne gdzie:-)
|
  |
|
Mit
„W Beaujolais robi się tylko
„nouveau" - młode wino". To panoszące się
przekonanie jest pomyłką! Niektórzy nawet uważają, że
„Beaujolais" jest nazwą własną wina, a nie nazwą
regionu. BN, to dobrodziejstwo i przekleństwo, to globalna
zabawa - ideał promocji - swoją wielkością zabijający istotę
tutejszego wina. Młode Beaujolais konsumuje się przez rok,
a podstawowe, proste wino, jest lekkie, owocowe, łatwe w piciu
i świetnie komponuje z niezbyt tłustym jedzeniem.
W północnej części regionu są tzw. „grand cru" -
powstają tam wina o wysokiej, uznanej jakości, treściwe
i nadające się do dłuższego leżakowania. Czas też zauważyć
wielu ambitnych, młodych producentów, którzy wierzą w przyszłość
regionu, śmiało łączą tradycję i nowoczesność, widzą nie tylko
„nouveau"- oni mogą nas wkrótce miło zaskoczyć.
Dobrą informacją jest, że powoli Beaujolais wychodzi z cienia
Beaujolais Nouveau, a trunki charakteryzują się ciągle świetną
relacją ceny do jakości! Bardzo sympatyczne wina można kupić już od
5 euro. Jeśli więc spotkacie gdzieś wino z Beaujolais
spójrzcie na nie łaskawszym okiem - warto!
Zgodnie z przepisami, Vincent Fontaine, winiarz, u którego
miałem okazję uczestniczyć w winobraniu, ma prawo do robienia
Beaujolais Nouveau z 70% swoich zbiorów. Większość odsprzedaje
tzw. negocjantom (pośrednikom). Sam butelkuje ok. 20%. Uważa, że to
BN, które pijemy w trzeci czwartek listopada, to zupełnie coś
innego niż wino BN produkowane przez indywidualnych, drobnych
winiarzy. Nie wiadomo, co po dostaniu się w ręce negocjantów,
dalej dzieje się z młodym Beaujolais. Można podejrzewać, że
dodawane są jakieś smakowe „polepszacze". Wielu
producentów nie wytrzymuje, niestety, tej konkurencji. Albo
dzierżawią swoje uprawy, albo... wyrywają krzewy winorośli, a ziemię
odsprzedają pod zabudowę. Takie półpustynne, „księżycowe"
działki wyglądają przygnębiająco. Sterczący gdzieniegdzie,
okaleczony kikut, próbuje żyć dalej - nie przypomina już tego co
kiedyś kwitło, owocowało i dawało radość - wygląda teraz jak
krzyczący wyrzut sumienia... |
|
|
|