. . . d e l e k t u j m y     w i n o . . .
Studio Wina      Kupaż      Misz-masz
Wydrukuj tę stronęDodaj do ulubionych



Prezentowanie wina
Tytuł może sugerować, że zajmiemy się tematem wystawienniczym - pudło. Pudło z winem w środku. „Prezentowanie" dotyczy sytuacji kiedy idziemy w gości i zamierzamy wziąć ze sobą butelkę(i) wina, czyli chcemy naszym gospodarzom je sprezentować. We Francji, to bardzo niestosowne zachowanie, ale u nas jak najbardziej dopuszczalne, wręcz popularne. Pytanie, które nasuwa się samo, to „jakie wino kupić?"
Właśnie! To nie jest takie jednoznaczne. Problem mamy, kiedy nie do końca znamy gusta naszych obdarowywanych. Drugim kłopotem jest cena. Jak sobie z tym poradzić? Wersji postępowania może być kilka, zastanówmy się:
 
1.Idziemy na całość - kupujemy coś „w ciemno", albo się uda, albo...
2.Wybieramy egzemplarz dobrze znany nam - przynajmniej sami skorzystamy.
3.Szukamy czegoś neutralnego - nie za wytrawne, nie za słodkie, nie za tanie...
4.Sugerujemy się ceną, reszta, jak wyżej...
5.Znamy oczekiwania - wiemy co i za ile wybrać!
6....?

Wydawać by się mogło, że najlepszym rozwiązaniem jest pkt.5. Tak, ale jak tu zrobić niespodziankę? Jeśli znane są nam upodobania, to aby sprezentować coś nowego i, by nie był to niewypał, proponuję wcześniej kupić samemu ten egzemplarz i przetestować go na sobie. Jeśli nie chcemy wpadki, możemy też spytać się wprost jakie wino przynieść - konkretnie. Dobrze jest też, jeśli da się dobrać wino do przewidywanego menu wieczoru.

Dylemat mogą mieć również sami gospodarze: czy to sprezentowane właśnie wino otworzyć i wypić teraz razem, czy zostawić je sobie na później. Tu proponuję po prostu zapytać o to gości - mogą mieć ochotę na przyniesione wino, lub niekoniecznie. Jak widać możliwości postępowania jest wiele. Ważne, że winem interesujemy się i o winie myślimy!


Dobre wino
Mówimy, że wino jest dobrej jakości, ale co to właściwie oznacza? No, że nie jest złe. Ale coś więcej, jak można określić poziom jakości bardziej szczegółowo? Koneser stwierdzi, że wino jest szlachetne, wykwintne, eleganckie, rasowe albo mierne, pospolite, przeciętne, do przyjęcia czy nieprzyjemne. Jest jeszcze zasada mówiąca, że o jakości wina powinna świadczyć cena. Powinna...

Czym jeszcze, oprócz ceny, możemy sugerować się, kupując wino? Na pewno informacją umieszczoną na etykiecie. Aby konsument miał przekonanie, że w środku nie będzie przykrej niespodzianki, producenci gwarantują jakość poprzez otrzymaną przez region winiarski tzw. apelację, denominację lub inne określenie zależne od kraju. Ma to nam mówić, że wytwórca musiał spełnić ściśle określone warunki, by utrzymać pewną, w domyśle – przyzwoitą jakość, tak, byśmy decydując nie na zakup, nie obawiali się zawartości np.. wina francuskie najwyższej jakości mają kategorię AOC (Appelation d’Origine Contrôlée), we Włoszech DOCG itd. To trzeba poznać i nie zapominać.
Wtajemniczeni wiedzą, że zdarzają się lepsze roczniki, renomowane winnice, wina z jednej działki czy ze selekcjonowanych winogron. Niektóre dodatkowe informacje, jak np. leżakowanie w dębowej beczce czy zdobyte wyróżnienia (medale), też wyczytamy na etykiecie. Warto więc poświecić jej trochę więcej czasu. A co jeśli etykieta nie daje podpowiedzi (oprócz marketingowych zachęt typu „dar natury”)? – Wtedy trzeba otworzyć butelkę...

Można podzielić sobie wina na bardzo dobre, dobre i średnie. Tak naprawdę wino powinno spełniać nasze osobiste wymagania, odczucia (oko, nos i usta) i oczekiwania. Proponuję więc nie wyrywać się w towarzystwie z okrzykiem „jakie niedobre to wino!”, bo sąsiad z boku może nagle zaczerwienić się lub zachłysnąć. Że nie wspomnę gospodarza...
 

Szok w ustach
Dziękuję za wszystkie komentarze, a szczególnie za ten: „Castel Syrah 2004, to chyba najgorsze wino jakie dotychczas piłem - tak kwaśne i cierpkie, że aż wykręca gębę, a tu 86 pkt. Może to moje było zepsute...?” Odpowiadam: może! Musiałbym spróbować. Mój respondent w jednym zdaniu poruszył trzy aspekty smakowania wina. Po kolei.

Aspekt pierwszy – kupione wino może być zepsute. Tak, statystycznie zdarza się to w pięciu butelkach na sto. Nie namawiam jednakże do tego, by po wypitym 95. winie, które nie było zepsute,  zaczynać liczenie od początku. A jak rozpoznać, że otwarte wino jest zepsute? Trzeba w tym celu użyć zmysłu powonienia. Każdy podejrzany aromat, to sygnał ostrzegawczy. Możemy poczuć zapach zbliżony do stęchlizny (niewietrzonego od lat pomieszczenia) - ostry, nieprzyjemny, chemiczny, duszący. Taka gorzkawa zgnilizna (jakby palonych szmat), może być efektem oksydacji wina (utlenienia). Proponuję ostrożnie spróbować odrobinę, jeśli odrzuca – to trzeba z nim zrobić to samo.

Aspekt drugi - reakcja nieprzyzwyczajonych kubków smakowych. W degustowaniu win dobrze jest przejść pewną gradację. Pijąc wcześniej płyny mniej agresywne (herbata, sok, mleko), wino słodkie, półsłodkie, góra: półwytrawne – nie mamy doświadczenia w kontakcie z garbnikami-sadystami, dużą kwasowością, ściąganiem dziąseł i cierpnięciem języka. Jest to szok dla wrażliwej, nieprzywykłej do takich doznań jamy gębowej. Przygotowujmy ją stopniowo, ćwiczymy. To tak, jak z kąpielą w zimnej rzece – zanurzamy się powoli. Z czasem pozostaje wyłącznie przyjemność. Oczywiście, analogicznie jak z pływaniem w rzece, zaleca się zachowanie czujności!
 
Aspekt trzeci – subiektywizm. To, co jedną osobę zachwyca, drugą może odpychać. Mamy odmienne poczucie piękna, smaku, taktu, umiaru i spojrzenia na otaczającą nas rzeczywistość. Nie sugerujmy się opiniami innych. Najlepiej przekonać się na własnej skórze.

Zrozumieć wino
Jakie jest wino, wszyscy widzą. Lśniący płyn igrający w naszym kieliszku. Co jest takiego w tym płynie, że zachwycają się nim poeci, filozofowie i wielcy tego świata od dziesiątków wieków? Co jest takiego w tym płynie, że ludzie dają fortuny za jedną butelkę? Pachnący napój z kilkunastoprocentową zawartością alkoholu?... Wygląda na to, że wino, to nie tylko to, co widzimy i czujemy, to na pewno jest coś więcej.
Obym tylko nie popadł w patos! Chociaż..., czasem odrobina egzaltacji nie zaszkodzi. Dla podkreślenia moich słów zacytuję pisarza, Paula Claudela, który stwierdził kiedyś, że " wino to nauczyciel smaku, wyzwoliciel duszy i światło inteligencji." By zrozumieć wino, trzeba spojrzeć w jego głąb...

I co tam można tam dostrzec?:


...Winorośl żyjącą miejscem, w którym przyszło jej wzrastać i zapuszczać korzenie.
Słońce, deszcz, wiatr, ciepło i zimno.
Człowieka, który troszczy się i pielęgnuje.
Spracowane ręce przy zbiorach.
Działanie natury zmieniającej sok w wino.
Drzewo, z którego zrobiono beczkę i drzewo z którego zrobiono korek.
Artystę tworzącego winną kompozycję.
Piwnicę pełną beczek i stos równo poukładanych butelek.
Wynalazcę ciągle coś poprawiającego.
Czas, który uszlachetnia.
Nadzieję i oczekiwanie.
Wibrującą w naczyniu duszę...



Łączenie smaków
To dobrze, że niektórzy smakosze zauważają, że gorsze wina się psują ;-) Oznacza to bowiem jedno - nasze podniebienia szlachetnieją. Zdecydowanie lepiej jest porównywać smaczniejsze trunki ze sobą niż zaśmiecać usta byle czym – szanujmy siebie! Jeśli mamy do skosztowania wina różnego koloru, to pamiętajmy o kolejności. Najpierw wina białe, potem różowe, a na końcu czerwone. Gdy na stół trafią same czerwone, to zacznijmy od delikatniejszych, te bardziej charakterne zostawmy na koniec.
Dobrze jest mieć ze sobą wodę niegazowaną do płukania ust. Należy też przepłukać wodą kieliszek zanim nalejemy do niego wino innego gatunku. Szczytem rozpusty jest płukać kieliszek winem, które mamy właśnie degustować.

Nie krępujmy się wylać trunku, który nam nie smakuje. Doradzam, aby wina bardziej wytrawne łączyć z konsumpcją, lecz pierwszy łyk wykonać przed jedzeniem – poczujmy jak najlepiej wszelkie charakterystyczne dla danego wina cechy. Niech będzie kwaśne, cierpkie, z goryczką itd. Musimy je poznać. Potem można kombinować z potrawami.
Często producent sugeruje jakie potrawy harmonizują z tym konkretnym winem. Trzeba to sprawdzić, ale własne próby mogą czasem dać nieoczekiwanie ciekawsze efekty. Kiedyś np. odkryłem przypadkowo, że do młodego wytrawnego białego wina (takiego, które jeszcze lekko pracowało) świetnie dopasowała się smażona wątróbka – nie łatwo jest coś takiego przewidzieć. Proponuję nie przejmować się żadnymi utartymi zasadami typu ryba i białe wino, i zdać się na własną pomysłowość oraz intuicję. Powodzenia!


W poszukiwaniu swojego wina...
Chemicy uważają, że żadna substancja nie śmierdzi, tylko ma swój specyficzny zapach. Podobnie, każde wino nie jest jednoznacznie ani dobre ani złe, tylko ma swoje określone cechy. Dla ciebie może być nieciekawe i cienkie,  dla mnie całkiem przyzwoite. Ktoś uważa, że jest kwaśne, jak diabli, inny, że nuty kwasowości idealnie harmonizują z zawartością cukru i alkoholu, a do tego ma wyraźne aromaty białych kwiatów, lipy i miodu.
 
Nierzadko, niestety, zmuszeni jesteśmy sugerować się ceną, ale i wówczas można, w zakresie swoich możliwości, wyruszyć na poszukiwanie własnego świata doznań. To, ile musimy zapłacić często nie jest „kompatybilne” z naszą oceną (za)wartości. Nie zrażajmy się też pierwszym podejściem. Wracajmy do win już poznanych, muśniętych. Inne jedzenie (lub jego brak), okoliczności, nastrój, czy miejsce mogą odkryć nam zupełnie nowe oblicze tego samego wina. To tak, jak z ludźmi. Utwierdzimy się w swoim przekonaniu - to dobrze, a może czeka miła niespodzianka – czyli warto było. Kontynuujmy więc naszą enologiczną inwigilację.
 

Zmysł smaku
Zatrzymajmy się trochę dłużej na naszych ustach, a bardziej precyzyjnie – na ich wnętrzu, a jeszcze dokładniej – skupmy się na języku. To właśnie tutaj zadomowiły się na dobre kubki smakowe – odpowiedzialne za jeden ze zmysłów. Ważny w degustowaniu wina, ale chyba trochę przesadnie hołubiony, zmysł smaku.

Kubki smakowe - jest ich średnio ok. 2000 na osobę. Podzielone są na cztery zasadnicze grupy, różnie umiejscowione, odpowiedzialne za wykrywanie czterech podstawowych wrażeń smakowych: słodkości, słoności, kwasowości i goryczy. W przeważającej większości jeden kubek rozróżnia jeden smak, ale zdarza się, że nawet trzy. Gdyby spojrzeć na czyjś wyciągnięty język, to ugrupowania te zajęły następujące pozycje:
1. czubek języka: ekipa odpowiedzialna za detekcję smaku słodkiego,
2. dalej na prawo i lewo, po obu stronach brzegowych: poszukiwacze słonego,
3. jeszcze dalej po lewej i prawej stronie: rozpoznanie wrażenia kwasowości,
4. w głębi, z tyłu, na górce: siedlisko wyłapujące goryczkę.

I to by było na tyle. No, może jeszcze wspomnę, że pozostałą powierzchnię stanowią brodawki-termometry i czujniki dotyku, dzięki którym ocenimy temperaturę,  strukturę czy taniczność. Proponuję przy najbliższej okazji pobawić się winem w ustach i spróbować odczuć te smaki i te miejsca.

Poczucie smaku jest sprawą absolutnie indywidualną. Z jednej strony nasze kubki poprzez subtelne różnice w budowie mają różną sprawność i wrażliwość. Z drugiej strony każdy ma swoistą strukturę śliny i inną ilość jej produkcji, a jest ona nieodzownym składnikiem przy każdorazowym piciu czy jedzeniu. Z trzeciej strony różnimy się w doświadczeniach smakowych. Dobra wiadomość jest taka, że drogą ćwiczeń jesteśmy w stanie podnieść swoje umiejętności rozpoznawcze.

Dlaczego na wstępie wspomniałem, że zmysł smaku jest zanadto hołubiony? A dlatego, że często mylimy go ze zmysłem węchu - bardzo intensywnie uczestniczącym w analizie smaku (poprzez wewnętrzne połączenie nosa z jamą ustną). Jeśli chcecie przekonać się jak skromnie wypada smak w porównaniu z węchem, to spróbujcie poznać smak czegoś zatykając sobie szczelnie nos!


Winne mity
Widząc jak znajomy po otwarciu wina czym prędzej zatkał ponownie butelkę korkiem, spytałem dlaczego to zrobił. Nie wiem! – padła odpowiedź. Pomyślałem, że funkcjonuje jeszcze wiele innych mitów nie mających żadnego uzasadnienia. Mogą być one bardziej lub mniej szkodliwe, albo po prostu nielogiczne. Poruszę kilka bardziej popularnych.

Zakorkowywanie wina po otwarciu. – To tak, jakbyśmy nie chcieli dopuścić świeżego powietrza do mieszkania. Proponuję kupić karafkę ze zwykłego szkła i przelać do niej czerwone wino na godzinę, dwie przed konsumpcją. Przy okazji możemy dodatkowo (jeśli jest) oddzielić naturalny osad spoczywający na dnie butelki (zdekantować).

Wytrawne, czerwone wino jest kwaśne i strasznie garbnikowe. – To tak, jakby stwierdzić, że wszystkie psy rzucają się na ludzi. Taniczność i kwasowość bywają czasem tak łagodne, jak baranek. Niejedno czerwone, wytrawne wino można pić samo, a te bardziej charakterne, rewelacyjnie pomagają w trawieniu i harmonizują z jedzeniem.

Białe wino – ryba, czerwone – wołowina.
Może tak być, ale nie musi. Czasy się zmieniły, już nie popełnimy gafy, łącząc dowolną potrawę z winnym trunkiem takiego lub innego koloru. Oby tylko  n a m  to odpowiadało!

Kieliszek napełniamy do pełna.  To niepotrzebna „wylewność”. Najlepiej do ok. 1/3 objętości - daje to swobodę w zapoznaniu się – łatwiej obejrzeć kolor i gęstość, wygodniej zamieszać dla uwolnienia aromatu i bezpieczniej dla zmęczonej ręki.

Na początku dajemy najlepsze wino!
Tak, a potem wszystkie pozostałe już są zupełnie nie do przyjęcia! Jak w dobrym thrillerze napięcie ma rosnąć do końca, a nie odwrotnie. (Mam na myśli degustowanie wina, nie imprezę z winem!)

Temperatura pokojowa czerwonego wina.
– To nie 25st.C (bo grzeją kaloryfery), lecz ok.18. Z reguły pije się czerwone wino zbyt ciepłe, a białe za bardzo schłodzone.

Im starsze wino, tym lepsze. – To tak, jakbyśmy tak samo chcieli powiedzieć o dojrzewających serach. Wina z upływem czasu szlachetnieją, lecz w pewnym momencie osiągają swój maksymalny pułap, po czym jego walory pogarszają się -  nawet do zepsucia. Dla większości win, to 2-4 lata. O długości tego czasu decyduje indywidualny potencjał leżakowania. Poznacie go po cenie.

Wielu winiarzy chcąc podążać za współczesnym klientem stara się poszukiwać nowości, eksperymentować i to, co kiedyś było nie do pomyślenia, obecnie staje się dopuszczalne. Tutaj także wkrada się, jak wszędzie, (niestety/stety) marketing. Życzę Państwu udanych indywidualnych odkryć, ze świadomością, że wino, to przede wszystkim zabawa i przyjemność.