I tutaj moi Państwo (czyli w momencie, w którym
nazwisko owo zostało wypowiedziane) już nie mogłem się skupić. Są
bowiem takie lektury, które zapadają na długo w pamięć, tym
bardziej, jeśli ich autorzy potrafią nakreślić tak barwne
postacie... jak Baluoun właśnie z „Przygód dobrego wojaka
Szwejka" Jarosława Haszka. Powieściowy Baloun oprócz nazwiska
ma niewiele wspólnego z morawskim producentem wina, chyba że za
wspólnotę uznamy umiłowanie rzeczy dobrych.
Powieściowy Baloun był gruby jak (nomen omen) beczka,
w przeciwieństwie do rzeczywistego, który podobno jest chudy,
jak patyk. Nie mniej jednak ten pierwszy przeszedł do historii
opowieściami o niezliczonej ilości klusek, kaczek i czegóż
tam jeszcze, które potrafił pochłonąć. Ten drugi ma szanse na
wejście do historii, gdyż potrafi tak umiejętnie wkurzyć Francuzów
swoim winem, że sami wkurzeni przyznają mu nagrody w Paryżu.
Zaczęliśmy poznawanie umiejętności Balouna od win białych -
najpierw leciutki wiosenny Chardonnay z 2006, no powiedzmy, że
do spożycia, lecz jak dla mnie bez żadnych fajerwerków. Później
ciekawsze, ale tylko z uwagi na zielonkawą poświatę widoczną po
oświetleniu kieliszka, Vetlinskie zelene 2006. Potem zaczęły się
prawdziwe wina - najpierw Ryzlink vlassky 2006 z całą ferią
aromatów i smaków - maślany, z nutą biszkoptów, ziół
i cytrusów (to ten z paryskim medalem), potem Rulandskie
sede 2006 gęste, z wyraźnymi łzami, mineralne.
Wreszcie przyszedł czas na czerwone. Cabernet Moravia 2006
korzenne, już lekko garbnikowe, z dojrzałą wiśnią w smaku
i Frankovka 2006 z nutą pestek, o odpowiedniej
goryczce i o tzw. ciele.
Z tym ciałem szpanuję, bo się
dowiedziałem o tym dopiero od Mariana Jeżewskiego prowadzącego
tę degustację. Ba... uświadomił zebranym również fakt, że cud
w Kanie Galilejskiej to nie byle wyczyn, bo chodziło o ilość
ponad dwustu litrów wina. A był to już prawie koniec imprezy,
co i w dzisiejszych czasach oznacza, że musiał być niezły
„balet".
Na koniec Dornfelder 2006, który mnie powalił słodkością - na
samą myśl o nim do dzisiaj mam wrażenie, że cały się lepię. No
cóż... Na koniec wypada oddać głos powieściowemu Balounowi, którego
rozterki są tak wielu nam wciąż bliskie: „Ja rychle travim,
rekl Baloun, u me toho v zaloudku nikdy mnoho nezustane.
Ja to trebas, kamarade, sezeru celou misu knedliku s veprovou
a se zelim, a za pul hodiny vic ti ze vseho toho navyseru
jak tak na tri polivkovy lzice, vostatni se ti ve mne ztrati".