Winna wyprawa, zorganizowana przez Ewę i Stanisława
Kołodziejów z katowickiego Domu Wina, odbyła się w dn.
25-27 sierpnia 2006 roku.
Tekst, foto: MJ.

|
Gdyby nie Cisa i Bodrog, to pewnie nie pojechalibyśmy do
Tokaju. A na pewno już nie raczylibyśmy się jednym z najlepszych
win deserowych świata – Tokajem Aszú. To dzięki mgiełce tych
rzek, szlachetna pleśń botrytis, powoduje zbawienne zmiany w jagodach
winogron. Niedaleko miejsca kupażu ich wód, w sercu regionu,
ustaliliśmy punkt zborny eskapady. W sierpniowy weekend, pod
przykrywką enologicznej podróży, grupa nigdy nie nasyconych Ślązaków
postanowiła dać upust swojej słabości. |
Legenda mówi, że w 1630 roku kasztelan Laczkó Maté Szepsi
wyprodukował pierwsze wino ze spleśniałych winogron, opóźniając
zbiory z powodu spodziewanego najazdu Turków. (Chociaż pierwsze
wzmianki o aszú datowane są na 1590 rok.) Region obejmuje 27
miejscowości (w tym dwie na Słowacji) i 5,5 tys. hektarów
powierzchni. Historia win tokajskich sięga XII wieku. Wielkimi ich
miłośnikami byli Ludwik XIV (Król Słońce), Cromwell i caryca
Katarzyna (Rosja miała nawet tutaj swoje strażnice strzegące
importu), a papież Pius I leczył oficjalnie, z polecenia
lekarzy, swoje zdrowie węgierskim tokajem (może stąd wzięło się
określenie „pijus” w stosunku do osób pijących „na
zdrowie”?).
Winnice Tokaju (właściwa nazwa regionu to Tokaj-Hegyalja)
przetrwały przez wieki niejedną ciężką próbę. Nawet po ostatnich
rządach proletariatu, też dochodzą już do siebie. Od początku lat 90.
napływa kapitał zagranicznych inwestorów i wraca troskliwość
prywatnych rąk, nierzadko starych właścicieli. Wkracza nowoczesność,
a winiarze nie boją się eksperymentować.

|
Jeśli ktoś słysząc „tokaj”
myśli o słodkim winie z „Żabki” za 6,80, to
trochę tak, jakby na hasło alkohol ujrzeć w wyobraźni butelkę
denaturatu. Proponuję wybrać się, tak jak my pierwszego dnia, do
„Bónchidai Csarda” nad samą Cisą i zamówić Furminta
2003 z winnicy Oremus. Wytrawny, łagodnie cytrusowy, z subtelną
nutą białych kwiatów i miłą ledwo wyczuwalną goryczką, rześki
i lekki. Odpowiednio schłodzony (a jak się ogrzeje, to się
doleje – jak zauważył znawca) bardzo dobrze komponuje
z halászlé, zupą rybną.
|
Zanim przejdziemy do winnic, podam kilka podstawowych określeń,
które wreszcie sobie tutaj uporządkowałem:
Furmint
– najpopularniejszy, rodzimy, szczep, o dużym potencjale
starzenia. Kolejne miejsce zajmuje Hárslevelü,
trzecim szczepem jest Sárgamuskotálu (żółty muscat,
Węgrzy mówią po prostu Muskotály), a Zeta, to
nowa badana właśnie krzyżówka. Wszystkie mają białe winogrona.
Aszú
– jagody zaatakowane przez botrytis, dzięki czemu wino uzyskuje
niepowtarzalne walory smakowe. Selekcjonowane ręcznie (ok.12
kg/osobę/dzień), miażdżone i wyciskane. Wino Aszu leżakuje dwa
lata w węgierskim dębie i potem rok w butelce.
Puttonyos
(czyt. puttonioż) – liczba (od 3 do 6), która mówi
o stopniu słodkości. Maksymalnie 6 puttonowy Tokaj zawiera
do 180 g cukru w 1 litrze. Powyżej, to tzw. eszencia
(esencja), w handlu detalicznym właściwie niespotykana. Kiedyś
„putton”, to był drewniany pojemnik, w którym
zbierano aszú, ok. 20-25 kg. Liczba puttonów mówiła ile takich
pojemników dodano kolejno do 136 litrowej beczki bazowego
wina.
Szamorodni – „samorodny”
Tokaj, termin wymyślony przez kupca polskiego (jedna z wersji
mówi, że wino do Polski jechało jeszcze podczas fermentacji
i dojeżdżało już gotowe do picia, czyli samo się rodziło).
Robione jest z przejrzałych winogron (późny zbiór)
i nieokreślonej ilości aszú. Może być słodkie lub wytrawne (w
razie gorszego roku). Leżakuje podobnie do Aszú, dwa lata w beczce
i rok w butelce.

|
Pierwsza zwiedzana przez
nas winnica należy do rodziny Degenfeld. W XIX wieku uznana
została za najlepszą w regionie. Ze stu posiadanych hektarów
uprawiają tylko 30, resztę dzierżawią innym winiarzom. Rodzina jest
właścicielem zabytkowego, jedynego w okolicy, czterogwiazdkowego
hotelu z restauracją (na zdjęciu obok). Zaraz po wjeździe zaskakuje nas jego
wyjątkowa uroda i położenie wśród parkowej, bardzo zadbanej
zieleni na posesji połączonej bezpośrednio z działkami winnych
krzewów. Oglądamy urządzenia do produkcji wina, poznajemy proces
winifikacji. Przez stuletnie drzwi wchodzimy do piwnicy policzyć
beczki i obejrzeć, jak szara pleśń pokrywa ściany i butelki,
dając świadectwo obecności wina. Słuchamy uwag o pracy nad
wysoką jakością trunku firmowanego nazwiskiem hrabiego Grófa
Degenfelda. |
Ukoronowaniem naszej wizyty jest rzecz jasna degustacja, gdzie
sprawdzamy wartość słów naszego przewodnika, o śląskich
korzeniach i polskim nazwisku, pana Rakockiego. Było wszystko,
co trzeba. Cały przekrój od rześkiego, wytrawnego Furminta i żółtego
Muskotály, poprzez Hárslevelü, samorodnego Furminta i bardzo
słodkiego Andante, po pyszne 5 puttonowe Aszú. Ciekawostką był
Forditas 2000 (wino z tzw. drugiego tłoczenia), robione z aszú,
które po wytłoczeniu zalewane są młodym winem i ponownie
prasowane – słodkie, intrygujące, odpowiednik 3-4 puttonowego
Aszú. Na koniec niespodzianka – Rakocki przynosi nam z piwnicy
tzw. „próbę beczkową”: 6 puttonowe Hárslevelü
i 6 puttonowy Muscat z 2004 roku. Mają 11% alkoholu,
są jeszcze mętne, nie filtrowane. Brak klarowności w ogóle nie
przeszkadza, mogłyby już takie zostać, po co czekać!
Po dobrym trunku na dobre jedzenie zajeżdżamy do restauracji
„Lebuj”. Tu kolejna niespodzianka – menu po polsku.
Zamawiam „Pieczeń Żniwiarki”: spory schabowy, pieczarki,
kawałki pieczonego boczku, ziemniaki, dużo rumianej cebulki
i bladoczerwona fasola. Ze żniwami nie kojarzy się to za bardzo,
ale niebo w ustach, więc może ze żniwiarką…?
Powrót do świetności
Po
dobrym jedzeniu na dobry trunek jedziemy do winnic Disznókő, gdzie
100 ha upraw roztacza się bardzo praktycznie dookoła gospodarczych
zabudowań. Swoją architekturą zadziwia obiekt podobny do
wulkanicznego krateru – to futurystyczny garaż na traktory!. Na
szczycie wzgórza znajduje się śnieżnobiała kaplica i stojący
obok kawał głazu, od którego kształtu wzięła nazwę winnica Disznókő,
czyli „skała dzika”. Mnie to dzika nie przypominało nawet
po degustacji, chyba, że jego zad.
Korzenie winnicy sięgają XVIII
wieku. Po „radosnej” twórczości specjalistów od
gospodarki rynkowej, Disznókő odzyskuje swoją świetność dzięki nowemu
właścicielowi. Francuski ubezpieczyciel AXA, w winiarstwo
inwestuje już od dawna, więc dobrze wie jak to się robi. Na każdym
kroku widać, że inwestor nie żałuje funduszy, czuć dbałość o estetykę
i nowoczesną formę. Multimedialna prezentacja, przestronne
i jasne piwnice, ponad tysiąc beczek, a wśród nich eszencia
z 2000 roku o zawartości cukru 900 g w litrze (!)
i wizytówka firmy: 6 puttonowe Aszú z 1993 roku (240
zł za półlitrową butelkę w dobrym sklepie w Polsce) - to
wszystko robi wrażenie.
Przed zjazdem z drogi na teren
winnicy usadowił się patrol policji. Widząc taśmowe tempo, w jakim
byliśmy tutaj oprowadzani, szybkość degustacji oraz ilość
odwiedzających gości, pomyślałem, że prawdopodobieństwo złapania
kierowcy z nadmierną zawartością „tokaju” we krwi
jest proporcjonalne do zawartości cukru w tutejszej esencji.
Nie tylko wina
Po południu można było iść na
basen do yakuzzi lub zwiedzić miasto, a raczej miastko, bo
Tokaj zamieszkuje około 5 tys. mieszkańców i jest tylko
jedna główna ulica, którą można przejść spacerkiem w piętnaście
minut. Mijamy niską, przysadzistą zabudowę, w promieniu stu
metrów są: synagoga, kościół prawosławny i kościół katolicki,
oraz pięć bocianich gniazd. Jest tutaj jedna pizzeryjka, dwie
przyhotelowe restauracje, sklepiki z produktami regionalnych
winnic, kilka piwnic z winem i niewielkie winne bary.
Najbardziej popularnym i wszechobecnym wyrazem jest „bor”
czyli wino po węgiersku. Mamy więc różne: borhazy, borkostolasy,
borvasalasy, boroki, borpince, borbary, a nawet borkatakombę.
Całe szczęście, że bor, to tylko trzy litery, a nie trzydzieści
cztery, sprawiające wrażenie jakby dopiero co opuściły maszynę
losującą, jak to jest zwykle w przypadku większości
madżiarskich słów. Dobrze, że szef naszego hotelu znał „yes”
i „ok”, bo dało się przynajmniej jakoś dogadać.
Jeśli chcecie zjeść coś na szybko, to polecam miejscowe lángos.
W pomieszczeniu wielkości półtorej budki telefonicznej, pracują
bez wytchnienia cztery osoby, a kolejka constans, jak pogoda
w lipcu 2006. Dostaję i ja swoje lángos – sajtos –
tejfölós, czyli placek kukurydziany (rozmiarem przypominający
lądowisko małych helikopterów), wypieczony na oleju jak pączek,
natarty „od serca” czosnkiem, posmarowany gęstą śmietaną
i przysypany dywanikiem żółtego sera. Może to nie jest bardzo
dietetyczne, ale za to smaczne, dużo i niedrogo (ok.4 PLN).
Wieczór spędzamy na degustacji kolejnych miodowych aromatów,
zielonych jabłek, pachnących akacji, pigw, kwiatów lipy, cytrusów,
orzechów, suszonych moreli...
Wszystko, co dobre….
Niedziela jest
dniem powrotu, ale jeszcze do południa odwiedzamy Piwnicę Rákóczi.
Należę do tych nieszczęśników, którzy będą prowadzić samochód –
muszę więc ograniczyć degustację do niezbędnego maksimum. Słynna
Piwnica, cytuję folder reklamowy: „została wybudowana w XV
wieku i przez setki lat należała do królów, dostojników
państwowych, książąt, generałów. 28m długa, 10m szeroka i 5m
wysoka – tzw. wielka komnata, była miejscem koronacji króla
Jánosa Szapolyai”. Winnica produkuje wina pod marką Hétszőlő,
czyli siedem win (od fuzji siedmiu tokajskich winiarzy).
Przed
wejściem do piwnicy stoi, a raczej siedzi, figurka słynnego
z wszelkich możliwych tokajskich widokówek i reklamówek
„Pijaka” – obowiązkowe miejsce pamiątkowych zdjęć.
Piwnica posiada 400 m korytarzy, najstarszą butelkę zabytkowego
Aszú z 1928 roku i największą, 25.560-litrową, beczkę,
zbudowaną w 1911 roku w Szwajcarii, uwaga – szklaną!
Jako jedyni w okolicy robią czerwone Aszú z Pinot Noir,
ale w bardzo śladowej ilości. Wielka Komnata faktycznie robi na
nas wrażenie – tutaj próbujemy wina. Po profesjonalnej
degustacji (tzn. takiej, gdzie poniżej przełyku przedostają się
tylko homeopatyczne ilości płynu) sześciu znakomitych tokajów,
zostaje przeliczenie resztek pieniędzy na zakup ostatnich butelek,
lunch i droga do domu.
Wracając napawamy się krajobrazem. Mijamy zielone wzgórza,
południowe stoki porośnięte winoroślami. Gdzieniegdzie można
dostrzec poletko przysychających słoneczników. Wyglądają jak smutni,
z opuszczonymi głowami, stłoczeni, jeńcy wojenni, otoczeni
regularnym, ustawionym w równe szeregi, wojskiem winnych
szczepów. Tak życiem tutejszych mieszkańców kieruje armia pod
przywództwem marszałka Furminta i generała Aszú.
Przez ten weekend nasycenie złotymi, słonecznymi winami,
osiągnęło wyraźną kulminację. Z dużą przyjemnością, pisząc te
słowa, popijam czerwonego merlota z Castel Pujol. To potrzeba
odmiany i równowagi. Teraz będę oczekiwać aż przyśni mi się
degustacja u Degenfelda, bo według sennika, pić tokaj –
oznacza zdrowie i radość!
wszechobecna szara pleśń
|
|
winnice Disznókő |
|
Furmint
|
|
|
|
|
|
|
| |
|
|
|