Wyjazd miał miejsce 18-21 maja 2006, organizatorem był Dom
Wina z Krakowa.

|
Koliber to wyjątkowo zwinny ptak – lecąc, potrafi zatrzymać
się w jednym miejscu. Nasz autokar, firmy „Koliber”,
jadąc przez Budapeszt też sprawiał wrażenie zatrzymanego w miejscu.
Totalny korek umożliwił wskoczenie na skrzyżowaniu, w sposób
bezkolizyjny, ostatniemu uczestnikowi naszej wyprawy. Miał on za sobą
długą podróż: Lisbona – Warszawa – Budapeszt, prawie
4 tysiące kilometrów.
Rozumieliśmy go, wiedzieliśmy, że to
ta sama siła, która kazała nam znosić wszelkie niewygody, pakować
się, wstawać w środku nocy, brnąć przez zatkaną aglomerację,
wytrzymać niekończące się roboty drogowe, fotele zbyt twarde,
by się wyspać i niezbyt wygodne, by wysiedzieć –
wszystko to po to, by napić się wina. | Miłośnicy Wina, bo o nich mowa, zmierzali do regionu
Villány-Siklos, najdalej na południe wysuniętej części Węgier. Tam,
niedaleko Chorwacji, znajdują się winnice, których tradycja sięga
zamierzchłych czasów, a klimat po prostu rozpieszcza winiarzy.
Muscat Ottonel hrabiego Huby Szeremleya, już na początku
drogi wlał w nas maygarskiego ducha, łącząc w ten sposób
oba kraje. Degustacja mobilna ma to do siebie, że nie trzeba
specjalnie starać się o mieszanie płynu w kieliszku,
koncentrację należy zachować na zgrabne trafienie do ust.
Końcówki zawsze są trudne. Zdziwiony
dróżnik (miał taką głupią minę kiedy go mijaliśmy) uspokoił się
dopiero po kilku dłuższych chwilach, widząc nasz powrót. Błądzić
rzecz ludzka, tym bardziej po ciemku i w kraju, gdzie nikt
normalnie nie mówi, a napisy dają skojarzenia nie mające żadnego
związku ze swoim znaczeniem.
Jesteśmy wreszcie w Villány -
zmęczeni ponad czternastogodzinną jazdą, podczas nocnej kolacji
odzyskujemy energię dzięki winom z winnicy Bock. Pewien poziom
odniesienia ustanawia „Francek” czyli Cabernet Franc.

|
Piwnicę („pince” po
węgiersku) Józefa Bocka poznajemy nazajutrz rano. Stare pomieszczenia
od nowych można odróżnić po stopniu natężenia oświetlenia. Pierwsze
są bardziej nastrojowe, drugie nadają się do robienia zdjęć bez
użycia lampy błyskowej, są też klimatyzowane: odczyt z czujnika
wskazywał 91% wilgotności i 13,6 st.C temperatury. Winnice to 40
ha plantacji, winogrona zbiera się ręcznie, wina leżakują w dębie
rodzimym, młode fermentują naturalnie bez drożdży. Małe zamieszanie
robi spontaniczna sesja zdjęciowa, taka jak w Cannes na wybiegu,
której obiektem stają się niespodziewanie szynki, salami i inne
kiełbasy – aromat porównywalny klasą z wybornym
cabernetem. Zwiedzanie kończymy w sali degustacyjnej. Chardonny
Barrique 2000 było idealne na początek – lekkie, rześkie
i maślane. Moim faworytem zostaje Cuvee: z dwóch cabernetów,
Sauvignon i Franc, zrównoważone i z charakterem,
o dużym potencjale leżakowania. Nie przypadkowo Józef Bock
został Winiarzem Roku w 1997!
Dla dotlenienia odbiorników wrażeń smakowych oraz w celach
krajopoznawczych, odwiedziliśmy oddalone o 10 km Siklos, o rzut
korkiem od Chorwacji. Zwiedziliśmy obowiązkowy punkt przewodników:
XII-wieczny zamek. Naszym przewodnikiem podczas całej eskapady był
wytrawny znawca, jak się okazało nie tylko enologii, ale także
historii, sztuki, geografii, geologii i innych dziedzin, których
ze względu na Państwa cenny czas nie wymienię, sommelier Domu Wina
Wojciech Giebuta. Lawirując między wykopkami i robotnikami
budowlanymi, docieramy do pamiątkowych sal oraz kaplicy z zachowanymi
gotyckimi freskami i zamkowego tarasu z pięknym widokiem na
okolicę. |

|
Piątkowy wieczór – Eva Borbaś, znajoma z degustacji w Polsce, oprowadza nas po Csányi Pincészet, największej
(500ha) winnicy regionu. Dużo już wiedzieliśmy, więc była sposobność
skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością. Dzięki sporym
inwestycjom wszędzie widać tchnienie świeżości i nowoczesności.
Na zewnątrz imponują wielkie stalowe zbiorniki, wewnątrz 800 metrów
chodników z niezliczonymi beczkami (stąpamy o dziwo, po
gołej ziemi) i jedno z najlepiej wyposażonych na Węgrzech
laboratoriów sprawujące pieczę nad produkcją. Winnica jest
kontynuatorem słynnego w świecie miejscowego winiarza Zsigimonda
Telekiego. Jego nazwisko wpisano złotymi literami do ksiąg
enologicznych, a to dzięki temu, że wyhodował odmianę winorośli,
której korzenie nie poddawały się atakowi żarłocznej mszycy
filoksery, która pod koniec XIX wieku pustoszyła winne uprawy. Linia
win Chateau Teleki jest teraz wizytówką firmy.
Degustacja prowadzona przez Evę była
bardzo profesjonalna i naukowa. Każde wino miało metryczkę
z analizą chemiczną zawartości alkoholu (do setnej procenta),
stopnie dwóch rodzajów kwasowości, poziom ekstraktu po redukcji cukru
i inne okropnie mądre wyniki, coś zbliżonego do badania krwi.
Powiem krótko, wszystkie „chateau” można kupować
w ciemno, ja polecam Merlota. Ciekawym połączeniem tutejszych
producentów jest związanie merlota z pinot noir. We Francji
niemożliwe. Jeden szczep to wizytówka Bordeaux (merlot), drugi
Burgundii. To tak, jakby pogodzić psa i kota, kibiców Legii
i Wisły lub złączyć dwa te same bieguny magnesu – nie da
się. A tu dało się i Alex Cuvee jest tego najlepszym
przykładem. |

|
Sobota rano – jedziemy do Pécs. Miasto z urokiem
i historią. Tutaj Stefan I założył w 1009 roku
biskupstwo, a Ludwik I Wielki w 1367 pierwszy na
Węgrzech uniwersytet. Przetoczyli się Rzymianie, Celtowie, Turcy (a
jakże) i osadnicy niemieccy. Historyk sztuki ma zwiedzania na
pół roku. Pécs słynie też z fabryki porcelany Zsolnay –
ozdobne majoliki można podziwiać na wielu budynkach. Urzekła nas
zabudowa starego miasta, cytuję za znającym się na rzeczy panem
Andrzejem: „głównie XIX-wieczny eklektyzm, secesja i trochę
baroku.” Celem zaspokojenia głodu trafiliśmy do niewielkiej
knajpki. Zamówiłem leczo, bo regionalne. Okazało się, że „to”
leczo z leczem o jakim myślałem, niewiele ma wspólnego.
Było inne, ale jakie dobre! Dostałem ziemniaki pokrojone w plasterki
i usmażone jak frytki, obtoczone w słodkiej czerwonej
papryce, przełożone podrumienioną lekko cebulką i zakryte
płatami rewelacyjnej polędwicy wieprzowej z dodatkiem białej
kapusty. To wszystko za ok. 17 PLN. Jak teraz przywołuję z pamięci
liczne urocze zakątki Pécs, to mam ciągle to leczo przed oczami...
Po południu przywitała nas „chlebem i solą”
Katarina. Chlebem i solą to znaczy chardonnay i kadarką
pod postacią przyniesionego do busu wina musującego typu
szampańskiego i koloru różowego. Orzeźwił nas przyjemnie
i umilił przejazd do upraw winnych latorośli, gdzie czekał już
na nas jej mąż, Zoltan. Tym samym oddaliśmy się pod opiekę
i przewodnictwo rodziny Polgar. Zoltan ujął nas swoją
osobowością, znawstwem i entuzjazmem. Może nawet urodą, którą
ja zbliżyłbym do Papy Smerfa, a moja małżonka do Seana Connery.
Pójdźmy na kompromis: taki kupaż Papy (49%) i Seana (51% -
więcej, bo przecież to kobiety lepiej znają się na męskich
typach).
Polgar Pincészet, to winnice biodynamiczne (nieprzyjazne
owady zjadane są przez owady przyjazne, albo nieszkodliwe
przynajmniej, a nie tępione przez środki chemiczne), w procesie
winifikacji udział siarki ograniczony jest do niezbędnego minimum. | Katarina i Zoltan, oboje studenci enologii,
przyjechali tu trzydzieści lat temu. Zaczynali od zera
z niewyczerpalną do dzisiaj pasją. Na początku musieli dorabiać
jako nauczyciele. Winnicą zajmują się z dziećmi: synem i córką.
Obecnie są właścicielami 10% najdroższych na Węgrzech winnych
działek, a takie są właśnie w Villány. Z pola
przenieśliśmy się do czteropiętrowych piwnic, gdzie mogliśmy
wreszcie posmakować wina prosto z beczki. Za pomocą szklanej
pipety Zoltan pobierał wina z kolejnych beczek i nalewał
osobiście wszystkim do kieliszków. Robił to z przyjemnością,
chętnie i cierpliwie odpowiadał na nasze zapytania.
Próbowaliśmy efekty zeszłorocznych zbiorów: chardonnay (całkiem
smaczne), kadarkę, cabernet franc i kupaż kilku szczepów, który
może jeszcze się zmieniać, bo jak stwierdził Zoltan winiarz ma
wyciągnąć z wina to co najlepsze, wina ciągle się rozwijają,
a on uczy się cały czas.
Piwnice są nowe (od 1993 roku) i stare (prawie
dwustuletnie), właściwą degustację i kolację mieliśmy w piwnicy
z 1812 roku. Czekały następne wina. Wspomnę oryginalną, ni to
czerwoną ni to różową Kadarkę Siller, w gatunku, jak to
określiła Katarina, wino pośrednie. Aromat i kolor
czereśniowo-poziomkowy. Piknikowe, na wiosnę i lato. Do kolacji
podano pieczoną kaczkę rozpływającą się w ustach i pieczoną
mangalicę z Badacsony (tu zamknęło się koło rozpoczęte
ottonelem na początku trasy). Kto wie, czy tej samej mangalicy (gat. świni) nie
oglądaliśmy w zeszłym roku taplającej się w błocie. Jako
ostatnie, Katarina rozlała nam białe musujące wino z chardonnay
i pinot noir. Dawało posmak antonówki i papierówki. Znawcy
kiwali głowami i mlaskali kontenci.
Nieoczekiwanie Zoltan porwał nas do miejsca sekretnego –
„bortrezor”, czyli do winnego skarbca. 16m pod ziemią,
w stałej temperaturze 12 st.C, można za 2 mln forintów
wynająć sobie na 10 lat, prywatną piwniczkę. To miejsce idealne do
trzymania winnych trofeów, a co roku Polgar dokłada 80 butelek
ze swoich zbiorów! Jedną ze znanych osób korzystających z takiej
usługi jest Björk Ulvaeus, założyciel szwedzkiego zespołu
wszechczasów: ABBA. Mieliśmy też zaszczyt zobaczenia osobistej
imponującej kolekcji Zoltana, która stale rośnie. Skarbiec ma
powierzchnię 1600 m kw. i ponad 400 m korytarzy. Było
to ukoronowanie naszego pobytu.
Niedziela, 6.00. Ptaki śpiewają, ile sił w ptasich
płuckach, pieśń pożegnalną. Wracamy do domu. W naszych głowach i sercach,
miejsca i ludzie, których jeszcze trzy dni temu nie znaliśmy.
Aparaty fotograficzne zapełnione uchwyconymi obrazami i chwilami.
W schowku „Kolibra”, tuż pod naszymi stopami –
skrzynki, indywidualne skarbce z butelkami, w których
czekają na otwarcie wspomnienia z Villány.
|
|
|