Podróż odbyła się w dniach: 04-14 września 2007 roku.
Tekst, foto: MJ, tłumaczenie na francuski: Krzysztof Dykiert.

|
Winnice rodziny Fontaine: „Domaine de la Rocaillère",
przechodzą z ojca na syna od XVII wieku. 18 ha upraw rośnie
niedaleko domu, w miejscowości Pommiers, na północ od Lyonu.
4 ha zajmuje chardonnay, reszta - królujący w regionie
Beaujolais - czerwony szczep gamay. Geograficznie jest to południowa
część Burgundii - piękny, pagórkowaty krajobraz, porośnięty lasami
i winoroślami, wśród których porozrzucano kamienne, kolorowo
ukwiecone - stare domy. Pod nazwiskiem Fontaine robi się tu wina od
1976 roku. Niedawno pałeczkę głównego winiarza przejął od swojego
ojca Vincent. | Ojciec Vincenta, André nadal
uczestniczy we wszystkich pracach, ale jakie wino powstanie - o tym
decyduje już Vincent. Ma silne poczucie tradycji i śmiałość
w tworzeniu nowego. Poszukuje ciekawych rozwiązań,
eksperymentuje. Unowocześnił proces fermentacji. Robi to z pasją
i wiarą. Ze starej działki o 90-letnich krzewach potrafił
uzyskać wspaniałe wino - zniknęło w sprzedaży w błyskawicznym
tempie, klienci nie mogą doczekać się następnego. Ciekawe też okazało
się różowe, lekko perliste - świeże, dobre do letniego grilla. Ja
rozsmakowałem się w Chardonnay 2006 - bardzo przyjemnym, o miłym
aromacie cytrusów, z niewielką goryczką w posmaku. Vincent
pokazał mi wiele z tajników swojej pracy, za co z tego
miejsca chciałbym mu podziękować. Chętnie i cierpliwie
odpowiadał na moje pytania.
Winobranie to gorący okres. Pełne ręce roboty. Vincent ciągle jest
czymś zajęty. Zbiera winogrona razem z innymi, robi selekcję na
przyczepie, prowadzi ciągnik, wykonuje wszystkie prace związane
z fermentacją: kontroluje temperaturę, zawartość cukru, pilnuje,
by grona w kadziach były wymieszane z sokiem, obsługuje
prasę, dba o czystość (aby powstał litr wina potrzeba do prac
porządkowych zużyć tyle samo wody!) i wykonuje jeszcze mnóstwo
innych robót. Ostatni przychodzi na posiłki i pierwszy wychodzi.
Ujęła mnie jego skromność i serdeczność. Zawsze jest pogodny,
nigdy nie słyszałem jego podniesionego głosu...
W tym roku specjalna komisja doceniła i wyróżniła dokonania
Vincenta - jego „Domaine de la Rocaillère" będzie
umieszczona w „Le Guide Hachette des Vins" -
prestiżowym przewodniku po winach Francji!

|
Winobranie
Przyjechałem w połowie
zbiorów. Ekipa młodych ludzi była już dobrze zgrana i „upracowana".
Grafik dnia wyglądał następująco: pobudka o 7.00. Nie jest źle -
myślałem, że będzie wcześniej, ale i tak wszyscy snują się jak
zombies. Śniadanie. Niespodzianka - nie tylko kawa jest do picia,
także mamy herbatę i kakao. Widzę, że pijacze kawy są nawet
w mniejszości. Do tego, jak to we Francji, bagietka i kilka
rodzajów dżemu. 7.30 - wyjazd na pole. Jest jeszcze chłodno
i wilgotno. Dostaję w jedną rękę sekator, w drugą
kubeł i krótką lekcję od Vincenta, który pierwszy rządek
„przerabia" razem ze mną. Nie powiem, całkiem miła
i nieskomplikowana praca. Trzeba trochę się poschylać, ale
swobodnie sobie radzę.
Na drugie śniadanie, ok. 10.00, schodzę z wyraźnie już
obolałym kręgosłupem, a gdzie tu do końca dnia!? Jemy miejscowy
salceson z pistacjami w środku, bagietkę i czekoladę.
Do picia, tak jak myślałem, wino: białe i czerwone, a także
soki: cytrynowy i miętowy. Z przykrością stwierdzam, że
wino cieszy się mniejszą popularnością wśród młodzieży. No cóż, może
są rozsądniejsi?
Teraz trzeba przetrwać dwie godziny do obiadu. Ręce oblepione
słodkim sokiem winogronowym kleją się do sekatora, tworząc z nim
jedność. Nie wiadomo kiedy wyrasta mi spory krwiak na kciuku, plecy
muszę prostować co drugi krzak i często zmieniam pozycję: od
kucania do schylania się - wyginając plecy prawie do ziemi, bo i tam
zwisają cenne owoce. Jeśli myślicie, że winogrona są pięknie
eksponowane na krzaczku, tak jak na zdjęciach i tylko czekają na
łatwe odcięcie, to jesteście w błędzie. Najczęściej jest to
walka z plątaniną liści, pędów i gałęzi, a w tym
wszystkim może znaleźć się także metalowy drut biegnący wzdłuż
krzewów. Nierzadko też kiść winogron zamiast zwisać swobodnie w dół,
rośnie akurat w kierunku odwrotnym. W tym labiryncie,
pełnym niespodzianek i pułapek, masz znaleźć to jedyne miejsce,
które należy przeciąć. Nawet gdy tego dokonasz, to winogrono i tak
trzyma się nadal - przez kiść przerosły pędy z liśćmi lub
obrosło ono drut i nie wiadomo, w którą stronę pociągnąć,
by nie zniszczyć owoców... |

|
Obiad - yes, yes, yes! Przyszła odsiecz - wytchnienie i randka
z kuchnią mamy Vincenta, Sylviane. Jakże proste i czarujące
potrawy wychodziły spod jej rąk! (przepraszam, muszę przełknąć
ślinę...) Na wstępie jakaś smaczna surówka lub sałata, potem główny
posiłek, np.: rozpływający się w ustach pieczony kurczak
z chrupiącą skórką, pyszna wołowina w winnym sosie itp.
Kiedy najadałem się do granic przyzwoitości, na stole zjawiały się
sery i jeszcze na koniec jakiś deser - placek ze śliwkami, mus
jabłkowy z bezową kołderką...
Warzywa i owoce pochodziły z własnej uprawy. Nie
wspomniałem, że do obiadu, tak jak do każdego innego jedzenia,
podawane było wino - i jeśli w przyszłości nie będę o tym
pisał, to znaczy, że było.
O 14.00 powrót do winogron. Dzień pracy
kończył się ok. 18.00. Nie wiem, czy większe było zmęczenie, czy
radość... Jeśli chodzi o kolację, to patrz obiad - z tą
różnicą, że przed głównym daniem była zupa. Zupa na kolację - dziwne?
A Francuzi nie mogą nadziwić się, że w Polsce zupę jada się
na obiad!
Obiady i kolacje zawsze
spożywaliśmy wspólnie przy jednym stole. Rodzina Vincenta i my.
Wszystkie dania zjada się z jednego talerza. Wszechobecna
bagietka służy do każdorazowego jego wyczyszczenia. Jedna osoba
nakłada potrawy najbliższym sąsiadom, pytając wcześniej uprzejmie
o zgodę - tak samo w przypadku napojów. Podczas jedzenia
nigdy nie było ciszy. Trwały żywe rozmowy, wybuchy śmiechu i wymiany
uwag. Panowała atmosfera swojskiej biesiady, a domowe,
wyśmienite potrawy systematycznie znikały ze stołu... Ouliss
(Afrykańczyk) tak przekonał się do tej kuchni, że spytany, czy
przyjedzie tu znowu za rok, odpowiedział, że tak, ale nie do pracy,
tylko będzie siedział cały czas i czekał na jedzenie! |
 |
|
Na
zbiory do Vincenta zjechało się międzynarodowe, barwne towarzystwo.
Francja reprezentowana była (oprócz miejscowych) przez mieszkańców
północnej Normandii, regionu Congnac czy z pod samej Szwajcarii.
Afryka - przez mieszkańców Benin. Był człowiek z Gwadelupy,
ludzie z Turcji, przedstawicielka Tajwanu, no i jeden
sympatyczny Polak. Ciężko pracowali na swoje kieszonkowe przyszli
prawnicy, biolodzy, ekonomiści, biznesmeni, inżynierowie, psycholodzy
i artyści. Większość stanowili „obcinacze" winogron.
Byli też tzw. „żarlo" - noszący na własnych plecach po
dwadzieścia parę kilogramów przez cały dzień. Pod koniec dnia
przychodził zawsze taki moment, rodzaj kryzysu, otępienia - nazwijmy
to „głupawką". Zaczynasz wtedy zachowywać się nie
koniecznie racjonalnie. Z daleka wyglądasz, jak ktoś na lekkim
rauszu. Objawem tego były latające winogrona, śpiewy o mało
ambitnym tekście (tworzonym także na gorąco), gromkie śmiechy, różne
nawoływania itp. Czasem dochodziło nawet do pojedynków - kto pierwszy
zbierze cały rządek. Towarzyszyły temu wrzaski podobne do tych, które
wydają z siebie kibice zjazdów narciarskich. Zwycięzca
otrzymywał zaszczytny tytuł „Mistrza Złotego Sekatora"...
Wieczorem po kolacji prowadziliśmy poważne dysputy o zrozumieniu,
tolerancji, rodzicielstwie, życiu itp.: Marian ze słabą znajomością
angielskiego i żadną francuskiego, Marie z podobną
znajomością angielskiego i Ai-Ning dobrze radząca sobie
z angielskim i bezużytecznym tutaj chińskim. Nie było łatwo
(o biedna gramatyko!), ale wielka chęć porozumienia przeważała.
Przełamując przekleństwo Wieży Babel tworzyliśmy jeden wspólny język.
| P.S.
Chciałbym jeszcze podziękować Sylvie i Krzysztofowi
Dykiert za wszelką pomoc i gościnę, ich synowi Julianowi za
pracę tłumacza, a drugiemu synowi Emilianowi za pracę
przewodnika i kucharza!
|
z rodziną Fontaine |
|
"chrzest" na winozbieracza |
|
Chardonnay w drodze
|
|
|
|
|
|
|
|
Ai-Ning - Tajwan
|
|
w winiarni |
|
panorama Beaujolais |
|
|
|
|
|
|
| |
Pour « Na widelcu/A la bonne fourchette »
de Pommiers écrit Marian Jeżewski
Le vignoble de la famille Fontaine
Le
«Domaine de la Rocaillère» se transmet de père
en fils depuis le XVIIème siècle. La maison, située à
Pommiers au nord de Lyon, est entourée de plus de 18 hectares des
vignes : 4 sont issus du Chardonnay, le reste du principal
cépage de Beaujolais le Gamay. Cette région fait partie
géographiquement du sud de la Bourgogne et se caractérise par de
magnifiques paysages: collines, vallées, forêts et des vignes
au milieu desquelles on voit de vieilles maisons en pierres dorées,
toutes fleuries. Comme le veut la tradition, depuis quelques années
Vincent Fontaine a remplacé son père André pour
s'occuper du vignoble, même si celui-ci continue encore
d'aider son fils.
Vincent Fontaine
Tout en respectant la
tradition viticole de la région, il aime innover, expérimenter et
chercher de nouvelles solutions. Car il croit en son métier qu'il
exerce avec foi et passion. Il a par exemple modernisé le
processus de la fermentation, ou il a réussi à produire
un excellent vin d'une très vieille vigne datant du début de
XXème siècle, que tous les clients demandent
régulièrement.
Son rosé aussi, bien fruité, sera excellent
pour accompagner vos grillades d'été ; moi, j'ai aussi beaucoup aimé
le Chardonnay 2006, un blanc délicieux au bouquet de fruits
subtilement acidulés.
Vincent a partagé avec beaucoup de
patience tous les secrets de son métier et j'en profite pour lui
adresser mes plus vifs remerciements.
Car les vendanges sont une
période bien remplie pour lui. ll est toujours très occupé :
il ramasse les raisins avec les vendangeurs, fait la première
sélection sur la remorque, conduit le tracteur, contrôle la
fermentation, la température et la teneur en sucre, s'occupe du
pressoir, fait attention à la propreté... Le soir c'est lui
qui arrive à table le dernier et repart le premier pour
continuer le travail.
J'étais très touché à la fois
par sa simplicité, sa cordialité et...sa sérénité.
Cette année,
un jury spécial a reconnu la qualité de son vin : «
Domaine de la Rocaillère » sera mentionné dans le Guide
Hachette des Vins, l'un des plus prestigieux guide de vins en
France!
Les vendanges
Je suis arrivé au milieu de la
récolte. Sur place j'ai retrouvé une équipe de jeunes déjà
bien rodés dans le travail et soudés. Voici le déroulement de la
journée:
7h00 : réveil, ce n'est pas trop dur, j'ai pensé qu'il
faudrait se lever plus tôt. Petit déjeuner. Quelle surprise, il n'y
a pas seulement du café mais aussi du thé et du cacao. Puis la
baguette et plusieurs sortes de confitures.
7h30 : départ dans
les vignes. Il fait encore frais et humide. Je reçois un
sécateur pour couper des grappes et un seau pour les mettre dedans.
Je reçois également une petite leçon de mise en route
de la part de Vincent qui coupe avec moi le premier rang.
Un
travail en somme assez agréable et pas du tout compliqué. Certes, il
faut se baisser un peu, mais finalement j'y arrive sans problème.
Sauf qu'à la pause casse-croûte vers 10h00, je quitte
la vigne avec un mal au dos. Ce qui m'inquiète un peu c'est
que la journée est loin d'être terminée !!! Nous mangeons la
mortadelle avec une baguette puis du chocolat, le tout accompagné de
vin rouge ou blanc au choix, mais il y a aussi du sirop de
citron ou de menthe. Je constate avec regrets, que le vin n'est pas
très prisé parmi les jeunes. Sont-ils plus
raisonnables?
Reprise du travail. Il faut encore tenir deux
heures jusqu'au déjeuner. Mes mains sont toutes collantes à
cause des jus de raisins, elles font une unité parfaite avec mon
sécateur qui est dans le même état que mes mains. Pour
soulager mon dos, je suis obligé de me mettre de plus en plus
souvent debout. Si vous pensez que les grappes de raisins vous
attendent gentiment sur les vignes pour être coupées...vous
vous trompez! Pour couper une grappe sans abîmer le fruit encore
faut-il mener un véritable combat avec les feuilles, les branches et
parfois un fil métallique qui passe au milieu de tout cela.
Enfin
le repas du midi (yes, yes, yes)! Le repos, mais surtout un
rendez-vous tant attendu avec les spécialités de la cuisine de
Sylviane, maman de Vincent. Je retiens ma salive en me rappelant le
souvenir de quelques plats à la fois simples et délicieux
qu'elle nous a mijotés. En entrée : de la salade ou des
crudités, pour plat principal : un poulet qui fond dans la bouche,
puis évidemment un plateau de fromages et des fruits, et au dessert
: une tarte aux prunes!
14h00 : retour dans les vignes jusqu'à
18h30, moment ou nous étions tous fatigués mais heureux et soulagés
à la fois. Pour le dîner veuillez vous référer à la
quantité et qualité du repas de midi, sauf qu'en entrée Sylviane
nous servait de la soupe. Une soupe pour le dîner? Pas possible ! Et
dire que les Français sont tout étonnés d'apprendre qu'en
Pologne les gens mangent la soupe au...déjeuner!
Pendant les repas
Nous sommes toujours avec
la famille de Vincent. L'ambiance est joyeuse : la rigolade, les
discussions, les échanges de point de vue. C'est l'atmosphère
d'un festin pendant lequel des excellents plats disparaissent de la
table.Oliss, originaire de l'Afrique souhaite bien revenir pour les
vendanges surtout pour...manger!
La Tour de Babel
Comme Oliss, nous étions
tous de différents pays : La France représentée par des gens du
Beaujolais, mais aussi la Normandie et la région situé prés de la
frontière suisse. Puis L'Afrique avec le Bénin, la
Guadeloupe, la Turquie, Taiwan et la Pologne. Futurs avocats,
biologistes, économistes, ingénieurs, psychologues, business mens et
artistes, ils travaillaient dur pour gagner leur salaire. La plupart
faisaient partie d'une équipe appelée « les coupeurs »,
quelques-uns « jarlos » portaient sur le dos une benne
avec plus de 20 kilos de raisin qu'ils reversaient dans la
remorque.
A la fin de la journée, à cause de la fatigue
sans doute le groupe «débloquait» un peu en improvisant
les paroles de chansons assez peu poétiques ou en faisant des
courses dans les rangs des vignes pour gagner le titre de «Champion
du sécateur en or».
Et le soir , après le repas, Amandine, Al- Ning, Cédric,
Chloé, Déborah, Edith, Elodie, Florian, Herbert, Johanne, Julia,
Julian, Marie, Marion, Mickael, Nancy, Oliss et Vincent débattaient
tous sur les nécessités de la tolérance et la compréhension, sur la
famille et la vie. En mélangeant maladroitement plusieurs langues,
ils avaient la volonté commune de vaincre la malédiction de la Tour
de Babel.
Traduction : Krzysztof Dykiert
|
|
|