. . . d e l e k t u j m y     w i n o . . .
Studio Wina      O winie      Z różnych beczek...
Wydrukuj tę stronęDodaj do ulubionych


 


Podejrzane siarczyny
Zadzwonił do mnie znajomy i zaczyna od okrzyku: „Kupiłem wcale nie tanie wino, otwieram do kolacji, patrzę a tu z tyłu na nalepce jest napisane, że zawiera jakieś siarczyny! O co chodzi? Co robić?!” – Wylać do zlewu! – odparłem. Na szczęście zanim to zrobił, zdążyłem go powstrzymać, tłumacząc, że tylko żartowałem.

Unia Europejska, to taki dobry wujek, który powie o sprawach, o których niektórzy członkowie rodziny sami nigdy nie chcieliby usłyszeć. Bo tak na prawdę, wiedza ta do szczęścia nie jest Ci potrzebna. A może wręcz przeciwnie – lepiej czasem nie wiedzieć zbyt wiele. A jak już muszą nas uświadamiać, to powinni dołączyć ulotkę wyjaśniającą, albo przeprowadzić jakąś szeroką akcję, która rozwiałaby wątpliwości, a nie straszyć chemią. Skąd biorą się siarczyny? Czy wcześniej ich nie było? Czy to jakiś nowy wynalazek?

Nie, wynalazek jest stary. Pijemy wina z siarczynami od dawna, ale tego wcześniej nie wiedzieliśmy. Dodawane są one w procesie fermentacji, by zniszczyć szkodliwe mikroogranizmy oraz dzikie drożdże, mogące spowodować, że fermentacja pójdzie w złą stronę. Siarczyny przeciwdziałają też utlenianiu wina, są stabilizatorem i mają właściwości konserwujące. Właściwie można by to powiedzieć prościej - ratują nam wino! Nic lepszego jeszcze nie wymyślono. Robi się doświadczenia np. z ozonem, ale wyniki nie są do końca zadowalające.

Siarczyny są praktycznie w każdym winie, także w tym bardzo drogim, a nawet w tak zwanych winach ekologicznych. Jeśli znajdziecie wino bez siarczynów, proszę o taką informację, bo jest to naprawdę bardzo rzadkie. Na przestrzeni ostatniej dekady zawartość siarczynów w litrze wina spadła prawie o połowę i jest obecnie na najniższym możliwym poziomie. Więcej siarczynów jest w pojedynczym suszonym owocu, słoiku powideł czy marynacie.

Reasumując: wina z siarczynami to konieczność, to troska o dobrąjakość trunku, ale i bezpieczeństwo dla naszego zdrowia. Nie ma więc czego się obawiać. Lepiej i korzystniej skierować swoją uwagę w stronę prawdziwej przyjemności, jaką daje konsumpcja wina!

Trzy pocałunki
Kupując nieznane wino inwestujemy przede wszystkim w zaufanie do etykiety. Treści tam umieszczane pisane są, niestety, grubym tuszem. Spodziewamy się jednakże, że kupiony egzemplarz nada się do konsumpcji. Jeśli już łożymy prywatne pieniądze i mamy w ręce butelkę wina, to postarajmy się, aby walory w niej zawarte wykorzystać w stu procentach. Ktoś, dla kogo najważniejsza jest zawartość spirytusu, powinien od razu przerzucić się na denaturat lub produkty jabłkowo-siarkowe.
Pijąc wino warto zwrócić uwagę na kilka dodatkowych aspektów, z których możemy czerpać przyjemność. Są to tak zwane „trzy pocałunki”. Pierwszy to kolor -oko. Kiedyś wino podawano do stołu przykrytego białym obrusem. Nie dla tego, by przyłapać gościa na rozlewaniu, ale by móc lepiej ocenić prezencję pitego trunku: barwę, klarowność, gęstość czy szklistość. Drugi pocałunek, to zapach - nos). Tu trzeba pamiętać, aby napełnić kieliszek najwyżej do 1/3 - aromat wydobędziemy poprzez zdecydowane zamieszanie płynu. Nie bójmy się potem głęboko zanurzyć nos jak najbliżej wina. Pocałunek trzeci ma formę tradycyjną, czyli usta. Nie łykajmy zbyt pośpiesznie, przytrzymajmy chwilę (na języku, dziąsłach, podniebieniu) i zastanówmy się po przełknięciu jakie smaki do nas dotarły. Nie od razu, ale po pewnym czasie zauważymy, że wkraczamy do zupełnie nowej bajki. Wino, doceniając nasze zainteresowanie, otworzy się przed nami z radością i pozwoli na zdecydowanie bliższy związek. Bądźmy realistami, czekają nas też rozczarowania, ale przecież jest to wpisane w każdą znajomość. Obrastamy w doświadczenia...
 
P.S. Jeśli dodamy dźwięki odkorkowywanej butelki, nalewania, mlaskania itp., to mamy czwarty pocałunek - ucho. W ustach czujemy także temperaturę, cierpkość, lepkość itp. cechy trunku, a więc - dotyk. Tym samym uznajmy, że degustowanie wina, tak naprawdę, angażuje wszystkie pięć zmysłów człowieka. I to jest prawdziwa rozkosz!


Le Beaujolais Nouveau est arrive!
Czyli: Beaujolais Nouveau już jest! Kto jest autorem tego hasła nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że zwrot ten zawojował świat. Co roku w trzeci czwartek listopada mamy okazję uczestniczyć w globalnej imprezie z tym winem w roli głównej. Jej rozmiar jest coraz większy. Amatorzy i koneserzy wina otwierają młodziutkie Beaujolais, aby przekonać się jak smakuje. Jakie by dobre nie było, to i tak wiadomo, że nie powali na łopatki. Chyba, że ktoś przesadzi z ilością. A tak naprawdę, to czego możemy spodziewać się po miesięcznym trunku? Jeśli więc nie picie wina jest istotą picia wina, to skąd to zamieszanie?

Region Beaujolais należy do południowej Burgundii. Uprawia się tu jeden winny szczep: Gamay. Czarny szczep o białym soku, który daje czerwone wino. Winogrona zbierane są ręcznie. Fermentują w całości, w zamkniętych kadziach ze stali szlachetnej. Aby uzyskać owocową świeżość młodego wina, w procesie winifikacji zastosowano pewną sztuczkę - wpompowuje się dwutlenek węgla. W takich warunkach i w podwyższonej temperaturze, bez udziału drożdży odbywa się w komórkach winogron fermentacja. Wszystko trwa góra cztery dni. Potem, już bez skórek, wino zostaje przelane do innego pojemnika. Czeka kilka tygodni, po czym w butelkach wylatuje w świat szeroki. Tak, aby zdążyć wszędzie przed Godziną Zero.

Dniem otwierania Beaujolais Nouveau nie zawsze był trzeci listopadowy czwartek. Młode wino z Beaujolais zaczęto sprzedawać na początku XX wieku, a dopiero w 1951 roku rozporządzenie oficjalnie określiło zasady wczesnej sprzedaży. Dzień rozpoczęcia święta ustalono na 15 listopada. Stopniowo wysyłka zaczęła obejmować zagranicę: Niemcy, Stany Zjednoczone, Kanadę. W latach osiemdziesiątych sprzedaż dotarła do Australii i Japonii. Dziś Japonia jest największym odbiorcą młodego Beaujolais. Lata dziewięćdziesiąte to otwarcie się rynków Azji, Ameryki Południowej, a także Europy Środkowej, razem z Polską. Wszystkich krajów nie wymienię, bo jest ich obecnie już ok. 170. Eksport osiągnął liczbę przekraczającą 55 milionów butelek. Roczna produkcja okręgu Beaujolais jest większa niż w pozostałych regionach Burgundii razem wziętych. W międzyczasie precyzowano różne przepisy i kryteria. Dopiero w 1985 roku zmieniono słynną datę na „trzeci czwartek listopada”, oraz pozwolono na wcześniejszą wysyłkę, tak aby każdy obywatel Świata mógł mieć „swoje” Beaujolais na czas.
 
Beaujolais Nouveau swoje właściwości zachowuje przez kilka tygodni. Nie ma jednoznacznej daty przydatności do spożycia. Winiarze u siebie piją je nawet przez rok(!), ale miejscowe może różnić się nieco od eksportowego, produkowanego przez wielkich negocjantów.  Podawane jest do przystawek, pasztetu, kanapek, kurczaka na zimno i serów. Najlepiej z tzw. „świętą trójcą”: bagietka, ser i wino. Ponieważ jest to wino czerwone o strukturze białego, dobrze jest je schłodzić i serwować w temp. 12-13 st.C. Należy do najtańszych win francuskich i ma niewiele wspólnego z rasowymi burgundami. Sukces promocji młodego Beaujolais przyćmił markę win z północy tego regionu tzw. Crus du Beaujolais. Win ciekawszych, bardziej złożonych, nadających się do dojrzewania. Cóż, okazuje się, że nie jest sztuką wyprodukować coś dobrego. Prawie każdy potrafi zrobić smaczniejszego hamburgera (tzn. mielonego) niż Mc Donald, ale nie każdy potrafi go tak sprzedać!

Wino latem
Latem browary zacierają ręce i podwijają rękawy. Lato, to czas ich prosperity. A wino? Czy o winie myślimy latem mniej? Zdaje się, że tak. Ale czy tak być musi? Przecież wino jest trunkiem krajów gorących! Oni przodują w ilości spożywanego wina. Im ciepło nie przeszkadza, więc w czym problem?

Przede wszystkim pijemy wino czerwone. Wiemy, że czerwone powinno być konsumowane w temperaturze pokojowej. Czyli latem ok. 29 st.C, a to nie są zachęcające warunki. Co robić? Planując otwarcie wina czerwonego umieśćmy go parę godzin wcześniej w lodówce. Następnie na ok. 0,5 godz. przed podaniem wyciągnijmy. Trochę się ogrzeje, ale będzie zdecydowanie chłodne, przez co całkiem przyjemne. Do tego celu nie kupujmy drogiego wina bordoskiego, tylko lżejsze owocowe np. z Chile. Do posiłku będzie jak znalazł.

Lato, to świetny czas na wina białe i różowe. Przeprośmy się z nimi. Zaręczam, że koneserzy z równą przyjemnością piją wina nie-czerwone. Wcale nie są mniej szlachetne. To mit wina bardzo krzywdzący. Możemy je spokojnie schłodzić poniżej 10 st.C. Cytrusowe aromaty, nuty owoców egzotycznych, maliny czy truskawki kapitalnie komponują z letnim okresem. Pamiętajmy, by po otwarciu, butelkę trzymać w chłodnym miejscu, np. w lodówce, lub w pojemniku z wodą i lodem, itp.

Gdy na zewnątrz słońce i upał, to orzeźwiającym napojem będzie zawsze wino z bąbelkami. Czy to włoska spumanta, niemiecki sekt, czy hiszpańska cava. Są też lekko musujące, perliste wina, np. vinho verde (Portugalia), lub frizzante (z północnych Włoch). Kapitalnie gaszą pragnienie tzw. szprycery (wino z wodą i/lub lodem, proporcja wg uznania np. pól na pół) - właściwie, to one powinny  królować w naszych lokalach latem. A romantyczny letni wieczór we dwoje przy świecach - wyobrażacie sobie z piwem?



Pochodzenie wina
Skąd wino trafia na sklepową półkę? Po zmianie systemu gospodarczego mamy dostęp do większości produkujących ten trunek regionów. Można spotkać przedstawicieli z takich oryginalnych miejsc, jak: Izrael, Mołdawia, Morawy, Tunezja czy Meksyk. Czy dzięki temu urozmaicamy swoją "winną" dietę? Twierdzę, że nie. Tradycyjnie pijemy wino z Bułgarii i od jakiegoś czasu może jeszcze z Chile.

Dlaczego tak jest? Zgaduję: pewnie z powodu niskich cen. Można to zrozumieć, chociaż nie zawsze. Widziałem klientów płacących złotymi kartami za butelki kosztujące 15 zł. To już jest przestępstwo!! Dodatkowo, chilijskie są winami "łatwiejszymi" w piciu. Ich charakter bardziej narzuca się konsumentowi, przez co są mniej wymagające.

Globalizacja nie ominęła biznesu winiarskiego. "Latający winmakerzy" robią wino w ten sam sposób we Włoszech, jak i w Nowej Zelandii czy RPA. Ujednolicają się technologie, a przez to standardy jakości. W każdym regionie znajdziemy butelkę wina, która nas zachwyci. Nie ma sensu więc stwierdzić, że najlepsze wina pochodzą wyłącznie z miejsca X. Dzięki niepowtarzalnym warunkom i winoroślom, mamy niepowtarzalne smaki, aromaty i wyjątkowe walory. Nie ograniczajmy się! Przełamujmy więc przyzwyczajenia, porzucajmy ulubieńców (zawsze możemy do nich wrócić), smakujmy różne zakątki świata - miłe niespodzianki tylko na to czekają. A kto nie ryzykuje...